Przejdź do głównej zawartości

Posty

Mruk. cz. XV

    XV - I po co ja to robię? – szeptał do siebie, jednocześnie usiłując skupić się na drodze. Był doświadczonym kierowcą i doskonale wiedział, że zamyślenie i brak koncentracji za kierownicą, często kończą się wypadkiem. Widział cały bezsens swoich poszukiwań, robił coś, co było niezgodne z całym jego dotychczasowym stylem życia, z jego rozumowaniem. A jednak wiedział, że nie zazna spokoju, dopóki nie odnajdzie pani Joli. -   Oby tylko ta kobieta nie okazała się jakąś kolejną naciągaczką. – zwrócił się sam do siebie, głośno wyrażając swe myśli. Dobrze, że we własnym aucie, miał przynajmniej tą pewność , że nikt nie usłyszy jego głosu. - Moja żona ma rację, jeśli uważa, że całkowicie zwariowałem. – dodał, a jednak, mimo wszystko skręcił w boczną uliczkę. Wszystkie fakty zdawały się przemawiać za tym, że Kamil nie mylił się w swoich przypuszczeniach, kiedy twierdził, że ostatnio widziano kobietę Waldemara w starej, opuszczonej stodole za miastem. Pan Eugeniusz nie miał poj

Danuta goni Anioły - Ogorzały

 Ogorzały. Danuta idzie sprzątać miasto. w miejscu spalonego domu rozsypuje popiół -  prochem jesteś. niechciana mucha brzęczy  niemrawo. Danuta myśli że jest gładka. nie wystaje z niej gniew ani cudza skóra.  w powietrzu trzyma ją grawitacja. dzieci kopią kawał zdrowej deski. a byłaby z niej piękna trumna w miejscu spalonego domu. robotnik o drelichowej twarzy sieje  młode domy zaszczepia płoty posypuje popiołem zranienia. ktoś  ukradł mu narzędzia dlatego chce przeskoczyć dzień albo jedną godzinę.  nie ma własnej piżamy ani garnituru. przykręca siebie za pomocą  śrubek by się nie rozpaść. a przecież zrodziła go miłość. wyrastają  przed nim betonowe ptaki. daje nowy początek. uzdrawia swojego Anioła  bo wypadają mu włosy bo pocą mu się stopy w gumowych butach.  uzdrawia Anioła o ogorzałej twarzy. uzdrawia Anioła który czeka  na półmrok bo miłość lubi półmrok. idą nowi ludzie do granicy nowego  domu.  idą ludzie ułożyć  swoją podłogę. zasadzą w niej swoje cienie.  będzie można oglądać

Słownik śląski , część VII

 

Danuta goni Anioły - Pisklę

 Pisklę odkąd czworonóg ma sierść  coraz rzadszą pozwala głaskać się  byle komu. Danuta idzie sprzątać miasto. myśli że czworonóg  wolno  uczy się wymawiać jej imię. Danuta zbiera do worka odłamki muru w miejscu gdzie straszy. kruszeje tynk w miejscu gdzie straszy. stary człowiek przez lata pisał skargi na murach. ziemia uciekała spod niego kiedy zrozumiał że jest nagi. Anioł stróżujący przystaje pod murem. nawet on musi ściągać buty  by chodzić po chmurach. stary człowiek mówi że zrozumiał.  przez lata nie rozumiał a teraz zrozumiał dlatego tańczy boso po śniegu. Danuta usuwa zwały brudnego śniegu. widzi Anioła jako pisklę. opuszcza gniazdo. a zrodził się w drugim dniu stworzenia gdy powstawały gwiazdy. usuwa spod jego stóp brudne zwały śniegu. stary człowiek mówi jej że zrozumiał a ludzie mówią że oszalał. wolno uczy się wymawiać  czyjeś imię. pozwala się głaskać. skóra mu linieje.

Mruk, cz. XIV

  XIV   - To mielone jest źle doprawione! – pan Eugeniusz z impetem pchnął talerz na drugą stronę stołu, aż o mało, nie spadł na podłogę – Nie dość, że wczoraj musiałem jeść schabowe z powodu twojego brata, to jeszcze teraz każesz mi jeść niedoprawione jedzenie. Wiesz przecież , że lubię bardziej słone i na ostro. - To sobie dopraw! – pani Wiesława z hukiem rzuciła na stół solniczkę. Tego było już za wiele. Pan Eugeniusz, aż zadrżał ze wzburzenia. Jego żona nigdy dotychczas nie zachowywała się w ten sposób. Nie dość, że nie doprawiła odpowiednio jedzenia, to jeszcze urządza mu jakieś sceny. Nawet nie pomyślała o tym, że takie rzucanie solniczką, która jest przecież ze szkła, jest niebezpieczne. Wolał nawet nie myśleć, co stałoby się, gdyby taka solniczka rozbiła się o stół, a szkło rozprysłoby na boki i ktoś mógłby stracić przez taką niekontrolowaną złość oko. Gdyby nie fakt, że po swojej kolejnej nocnej eskapadzie czuł się zmęczony i głodny, pomimo tego, że zjadł sute śniadani

Moj z mojom.

  Moj z mojom. W czasach , kierych ani nojstarsi staroszkowie niy pamiyntajom chodzoł se Pon Jezus ze świyntym Pietrym po świecie i nauczoł. Jednego razu pogoda boła piykno, aże piykno. Polne leluje aż biole gymbiczki pozawiyrały, coby klara ich niy popolyła, roztomańte chroboczki kryły się do ziymi, a ludziska przerywali robota i lygali do ciynia. Ponu Jezusowi tyż fest sie pić chciało, toż wyglondol za jakom studniom, a już nojlepszy by boło, jakby kole nij rosnyl srogi strom, coby szło pod nim dychnyć, bo na szłapach już sie plynskyrze robiły od deptanio polnych drogach. Wtynczas świynty Pieter ujrzoł łogromnie gryfno dziołszka w polu kole studnie, kiero nabiyrała ciynżki kible wody, a uśmiychniono przi tymu boła, choćby we gorściach dzierżała font piyrzo, a ni taki sromotny ciynżor. Świynty wroz z Pon Boczkiym podeszli bliżyj, a frelka bez godki podała im po szolce wody. Piyknie podziynkowali, a Pon Boczek jeszcze jom poblogosławili za ta posługa. Ciekawe jakigo tyż galana

Szkuciato hrabianka